ZUS mówi że jesteś zdrowy.

Jan Benski (na zdjęciu z matką Martą) podpisał pismo, którego nie rozumiał, bo jest analfabetą. Teraz musi spłacać KRUS-owi 16,5 tys. zł.
– Pan jest kawał chłopa, niech pan sobie poszuka pracy – mówią do Andrzeja Parfieniuka urzędnicy w ZUS-ie.
Nie chcą uwierzyć, że ten prawie dwumetrowy olbrzym nie ma siły dojść do przystanku, żeby pojechać do lekarza.

Kiedy ostatnio próbował, zemdlał po drodze. Mówił o tym urzędnikom, ale renty nie dostał. Bo Parfieniuk dla ZUS-u jest naciągaczem, jednym z tysięcy. Urzędnicy kierują się statystyką, a z niej wynika, że tylko 54 procent dorosłych Polaków w wieku 15-54 lata pracuje. Reszta utrzymuje się z wcześniejszych rent i emerytur. 

– Duża część rencistów tak naprawdę tryska zdrowiem i dorabia do otrzymywanych z ZUS-u świadczeń – przekonuje Krzysztof Bochus w internetowym portalu edukacji ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego. – Przy odrobinie sprytu taką rentę mógł sobie załatwić niemal każdy pracownik, często nawet zanim ukończył 40 lat. Niemal każdy w tym wieku ma przecież jakieś wymagające leczenia schorzenie.
Andrzej Parfieniuk z Makowczyc (gm. Dobrodzień) tego sprytu chyba nie posiada, ponieważ od trzech lat bez skutku walczy o przyznanie renty. Nic nie daje, że wędruje od urzędu do urzędu z opasłą teczką z dokumentacja medyczną. Bo 48-letni leśniczy z Makowczyc to kawał chłopa – prawie dwa metry wzrostu, szerokie bary, na powitanie podaje dłoń wielką jak bochen chleba.

– Tak mi właśnie czasem mówią: „Pan jest kawał chłopa, niech pan sobie poszuka pracy!” – opowiada pan Andrzej.

Kawał chłopa, a załatwił go kleszcz
Jego problemy zaczęły się dokładnie 15 lat temu. Wtedy Parfieniuka ukąsił kleszcz. – Jestem leśnikiem i codziennie przynosiło się do domu po kilka kleszczy – macha ręką Parfieniuk. Tym razem jednak sprawa była poważniejsza. Po dwóch dniach w miejscu po ukąszeniu pojawił się rumień – znak zakażenia.
– Byłem młody, wziąłem antybiotyk, rumień zszedł i wróciłem do pracy – opowiada pan Andrzej. – Dopiero po 10 latach pojawiły się cyrki.

„Cyrki” to bóle w stawach, zwyrodnienie kręgów, astma oskrzelowa, powiększenie serca, nadczynność tarczycy, niedosłuch. To skutki boreliozy po ukąszeniu kleszcza. Zaczęły się długie, kilkumiesięczne zwolnienia lekarskie. W końcu lekarz medycyny pracy nie pozwolił Parfieniukowi wracać do lasu i skierował wniosek na rentę.
Zaczęła się walka z ZUS-em. Lekarz orzecznik odmówił przyznania renty. Andrzej Parfieniuk odwołał się, ale komisja lekarska (złożona z kardiologa, ortopedy i neurologa) podtrzymała decyzję ZUS-u. Wtedy 48-letni mieszkaniec Makowczyc oddał sprawę do sądu pracy i ubezpieczeń społecznych. Tam również przegrał.
W międzyczasie inspektor sanitarny uznał, że borelioza jest chorobą zawodową leśniczego z Makowczyc. ZUS na nowo rozpoczął procedurę.

Historia się powtórzyła: lekarz orzecznik, komisja lekarska (w tym samym składzie), sąd. Wszyscy orzekli tak samo: „jest pan zdolny do pracy, a tym samym brak prawa do renty”. Ponadto lekarz z ZUS-u orzekł, że borelioza nie spowodowała żadnego trwałego uszczerbku na zdrowiu. Pan Andrzej nie dostał zatem nawet odszkodowania.
– Wysłałem prośbę do ministerstwa zdrowia, żeby skierowali mnie do innej komisji ZUS, byle nie w Opolu – opowiada Andrzej Parfieniuk. Jego prośba pozostała bez echa.

Albo chleb, albo leki
Leśniczy popadł w depresję i ubóstwo. Całą 3-osobową rodzinę utrzymuje żona, która pracuje fizycznie w zakładzie stolarskim. Pracę tę znalazła zresztą dopiero przed rokiem. Pan Andrzej przerwał leczenie, bo nie miał za co kupować tabletek.
– Musiałem wybierać: albo chleb, albo leki – zwierza się. Bierze tylko tabletki na nadciśnienie i serce, które zafundował mu lekarz.
Dramatyczną sytuacją Parfieniuka zainteresowało się Stowarzyszenie Dobrodzień Potrzebującym.
– To właśnie dla takich osób od maja ruszyliśmy z akcją dopłacania do leków – tłumaczy Anna Bukartyk ze stowarzyszenia.
Parfieniuk jest też na garnuszku opieki społecznej.

– Nie jestem lekarzem, ale jako pracownik socjalny od 1,5 roku jeżdżę do pana Parfieniuka i widzę, że coraz bardziej podupada na zdrowiu – mówi Alicja Szafarczyk z ośrodka pomocy społecznej w Dobrodzieniu. – Znalazł się w sytuacji bez wyjścia, bo nie ma prawa do zasiłku chorobowego ani świadczeń rehabilitacyjnych, nie ma renty, a do pracy wrócić nie może, ponieważ żaden lekarz medycyny pracy nie da mu zaświadczenia.

– Prawo do renty przysługuje tym ubezpieczonym, którzy całkowicie lub częściowo utracili zdolność do pracy zarobkowej – tłumaczy Agnieszka Granatowska, rzecznik ZUS-u w Opolu. – I nie rokują, że odzyskają ją po przekwalifikowaniu.
Tymczasem orzecznicy ZUS-u nie widzą w przypadku leśniczego z Makowczyc nawet konieczności przekwalifikowania. Według nich może wracać do lasu. A lekarz medycyny pracy popukał się tylko w czoło, kiedy Andrzej Parfieniuk poprosił o zaświadczenie, że może być nadal leśniczym.
– Podczas komisji nie badamy staniu zdrowia chorego, tylko orzekamy, czy dana osoba jest zdolna do pracy – wyjaśnia lekarz, który jest orzecznikiem w ZUS-ie (prosi, żeby nie podawać jego nazwiska). – Ktoś może chorować, ale nie znaczy to, że od razu musi iść na rentę.

Krótko mówiąc, według ZUS-u Parfieniuk nie jest na tyle chory, żeby nie nadawał się do żadnej pracy, ale do jakiej się nadaje – nie wiadomo. – A bardzo chciałbym wiedzieć, bo mnie z takim zdrowiem nikt nie chce przyjąć – dodaje Parfieniuk.

Płaci za analfabetyzm
52-letni Jan Benski z Sowczyc (gm. Olesno) dostał wprawdzie rentę, ale… musi ją zwrócić. Wszystko dlatego, że nie potrafi czytać. Jest analfabetą.
– Do szkoły chodziłem osiem lat, ale skończyłem tylko trzy klasy – mówi Benski. Na więcej nie pozwoliło mu upośledzenie.
Ze szkoły zostało mu tylko tyle, że potrafi się podpisać. Mieszka razem z 91-letnią matką.

Kiedy kilka lat temu przechodził na KRUS-owską rentę, musiał oddać swoje pole. Wydzierżawił swoje 2 hektary innemu mieszkańcowi Sowczyc. Wszystko było dobrze do czasu, aż obaj rolnicy się pokłócili. Wtedy tamten powiedział, że rezygnuje z dzierżawy. Przyniósł pismo i kazał je podpisać.
„Benski nie dopuszcza mnie na pole i dalej sam je uprawia, ponieważ chce mieć rentę i pole” – tak brzmiało pismo, które własnoręcznie podpisał Jan Benski. Podpisał nieświadomie, bo przecież nie potrafił przeczytać, o co chodzi.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. KRUS zażądał zwrotu wypłacanej przez lata renty. W sumie była to kwota 16,5 tys. zł.

Wtedy o sprawie dowiedział się radny Sowczyc Klaudiusz Małek. Razem z Benskim oddali sprawę do sądu pracy i ubezpieczeń społecznych. Przegrali sprawę, bo 52-letni rolnik sam przecież podpisał donos na siebie.
– Dla sądu był to dowód, że nadal prowadzi swoje gospodarstwo – mówi Klaudiusz Małek.

W końcu 52-letni mieszkaniec Sowczyc odzyskał wprawdzie rentę, ale KRUS co miesiąc potrąca mu 300 zł. Na życie zostaje mu 350 zł. – Pisałem do Warszawy do prezesa KRUS-u o umorzenie tego długu – opowiada Małek. – Dostaliśmy odmowę, ale wyślę ponowną prośbę.
Tymczasem do Jana Benskiego przychodzą teraz pisma z banku. Okazało się, że poręczył kredyt i bank wzywa go do spłaty długu.
– Prawdopodobnie ktoś znowu wykorzystał analfabetyzm pana Jana – kręci głową radny Małek. – Prosiłem go, żeby już niczego więcej nie podpisywał.
ZUS cię uzdrowi

Michał Boni, doradca premiera Tuska do spraw społecznych, z triumfem zakomunikował w jednym z wywiadów, że ZUS eliminuje nieuczciwych rencistów.
„ZUS będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć” – napisała do niego w liście otwartym Anna Mieszczanek, publicystka i mediator rodzinny.

Andrzej Parfieniuk podpisałby się pod tym listem. Jan Benski pewnie też, chociaż on już nie powinien niczego podpisywać, bo to tylko sprowadza na niego nowe kłopoty.

Zródło :  Nowa Trybuna Opolska
http://www.nto.pl/magazyn/reportaz/art/4088719,zus-mowi-ze-jestes-zdrowy,id,t.html